Diabolo – Satanizm w grach komputerowych.

Diabolo – Satanizm w grach komputerowych.

Wiele razy buszując w czeluściach internetu natykałem się na dziwne rzeczy. Jedną z nich jest opinia jakoby gry komputerowe i konsolowe propagowały satanizm. „Mądre” głowy mówią wtedy, że można w tych narzędziach rozgrywki zobaczyć diabelskie symbole. Ba! Nawet więcej, gry propagują łamanie przykazań! Seks, przemoc, demony, ogień. Słowem – istne piekło. A jak jest naprawdę?

w 1993 r. firma id Software wypuściła na rynek strzelankę o jakże pięknym tytule „Doom”. Pominę jakie znaczenie miała dla rozwoju gier, skupie się na szatańskiej fabule. W tej historii wcielamy się w bezimiennego członka oddziału marines. Naszym zadaniem była ochrona marsjańskiej bazy, jednak wszystko poszło się je**ć, gdy otworzył się… portal do piekieł. Naszym celem jest zabijanie. Demonów, wszystkich. A tych niemiluchów sporo jest. Są diabły, jest krew, jest mordowanie. No własnie, ale jest problem. W końcu walczymy po stronie dobra. A raczej bijemy się z tymi złymi. Czy ta gra propaguje satanizm? Chyba nie, prędzej do strzelania z karabinu do czcicieli rogatego.
Next please! Kolejny tytuł i znowu zachęcający – „Blood”. Co tym razem robimy? Kierujemy Calebem – zmartwychwstałym członkiem kultu czczącego piekielną bestię Tchernoboga. Jak się okazuje kult załatwił Caleba i teraz jego obsesją jest zemsta na byłych kumplach od flaszki. Łapiemy więc widły i inne użyteczne narzędzia i mordujemy. Znowu – zabójstwa, flaki, płomienie, pentagramy, demony. Tyle, że ponownie niszczymy sługusów Lucjana. Co prawda gramy sadystycznym świrem, ale widocznie zarąbanie diabła działa lepiej niż modlitwa. Przynajmniej według twórców gier.
Kolejną pozycją z serii „dużo rzeźni, ale załatwiamy tych od Szatana” jest „Diablo”. Po raz kolejny nazwa nie kojarzy się z łąką pełną kwiatków. Łazimy po lochach i ubijamy potowory czy to toporem, czy łukiem, czy magią. W końcu zabijamy głównego szefa hordy z podziemia. Znowu. Cholera, na miejscu Nergala bałbym się o swoje życie. Przecież jesli ktoś za dużo grał w takie tytuły, to na koncercie rzuci w niego siekierą.

Mógłbym długo wymieniać gry, w których brutalną siłą ratujemy świat przed inwazją z piekieł. Normalnym w tym biznesie jest, to że gracz woli bić niż się modlić. Stąd ta dziwna konwencja. Zamiast po chrześcijańsku nadstawić drugi policzek, miażdzymy wraży młotem bojowym. Zupełnie jak w Renesansie, gdy protestanci palili katolików na stosach. Jednak jest też druga strona barykady. Są bowiem gry, w którym to my możemy być tym złym. Władać mroczną armią, mieć na zawołanie legion niewolników, chodzić do haremu pełnego skąpo odzianych niewiast itp. Jak jest z tymi tytułami?

Starsi gracze pamiętają na pewno „Dungeon Keepera”. Bullfrog stworzył grę strategiczną, w której wcielaliśmy się w rolę władcy podziemia. Naszym zadaniem było zbudowanie lochu, zachęcenie różnych maszkar do zamieszkania w nim i eksterminacja bohaterów łasych na nasze skarby. Całość była podlana specyficznym humorem. To był strzał w dziesiątkę. W końcu ile można ratować świat? Nareszcie stawaliśmy po drugiej stronie barykady i tłukliśmy rycerzy, czarodziei i inne tego typu barachło. A gdzie Szatan? Mogliśmy mieć pod swoimi rozkazami jednostkę o nazwie „Horned Reaper” (Rogaty Rozpruwacz). Był to wielki, czerwony jegomość z kosą w łapsku. Na głowie jak wskazuje nazwa miał rogi. Diaboł jak się patrzy. Tyle, że na swój sposób śmieszny.

Podobnym tytułem był „Overlord”. Znowu kierowaliśmy złym lordem. Tym razem jednak zamiast tylko kierować stworami, mogliśmy osobiście naparzać przeciwników. I tym razem gra przesiąknięta była humorem. Morderczy słudzy wzbudzali salwy śmiechu swoim nieporadnym zachowaniem. Widać twórcy gier uznali, że bycie tym „złym” nie powinno być poważne. W obu grach trudno doszukać się jakichkolwiek elementów propagujących satanizm. Parodiują one raczej tradycyjne podejście do fantasy. Zamiast być rycerzem w lśniącej zbroi, dowodzimy zbieraniną potworów, które są…całkiem sympatyczne. A wszystko to w atmosferze absurdu. Już bliżej do Szatana Księciu Igthornowi z „Gumisiów”.

Nie taki straszny jak go malują

Były gry, w których walczyliśmy ze złem. Były też te, w których kierowaliśmy armią ciemności w konwencji „na wesoło”. Zostały jednak te, w których od gracza zależało po której stronie stanie. Są to głównie gry strategiczne i fabularne. w serii „Baldur’s Gate” byliśmy dzieckiem boga mordu – Bhaala. Jednak tylko od naszego wyboru i zachowania zależało, czy kroczymy ścieżką ojca, czy drogą cnoty i miłosierdzia. Podobnie np w „Knights of the Old Republic” osadzonej w uniwersum Star wars. To czy damy się zwieść ciemnej strony mocy, to wyłącznie nasza decyzja. W obu seriach spotykamy osoby, które reprezentują obie strony. Dobro i zło mają swoje uzasadnienie. Każdy ma swój cel, pragnienia i tajemnice. Nie jest tak, że ktoś jest zły, bo jest. Bezinteresowne „zło” nie istnieje.
W strategiach z sagi „Disciples” możemy kierować losami łącznie pięciu frakcji. Jednak nas interesują tylko dwie. Imperium to ludzie zjednoczeni pod berłem cesarza. W walce wspomaga ich boska moc „Wszechojca” oraz jego wysłannicy – anioły. Są to zatem przedstawiciele typowych „dobrych”. Druga zaś rasa to Legiony Potępionych – armia przeróżnych diabłów, demonów i innych maszkaronów z piekła rodem. Służą upadłemu aniołowi – Bethrezenowi. Obie te frakcje mają swoje cele. Nie jest tak, że podnóżki rogatego atakują ludzi ot tak sobie. On chce się zemścić za niesłuszne wtrącenie do piekła! Ludzie zaś bronią swoich domów przed inwazją. Powiecie gra propaguje satanizm? Pozmieniali nazwy i przedstawiają fałszywe wydarzenia biblijne? Otóż autorzy tworząc fabułę inspirowali się Pismem Świętym. Jednak tylko idiota mógłby wziąć historie opowiedzianą w tych grach za pochwałę satanizmu. Jeśli ktoś przez „Disciplesy” zaczął czcić pana ognistego, to nie jest to wina twórców. W końcu skąd mogli wiedzieć, że ich grę uruchomi taki debil?
Ostatnim tyułem, o którym wspomnę jest gra akcji „Angels & Devils”. Mamy w niej do wyboru – stajemy po stronie niebios albo piekieł. Biegamy, skaczemy, latamy i mordujemy swoich oponentów pięściami i nadprzyrodzonymi mocami. Tyle, że….nasze anioły i demony to małe urocze bobasy. Tak, tak sterujemy maluchami w pieluchach, coś jak walentynkowy Amorek. Znowu mamy do czynienia ze zwichrowanym humorem. Nasi niebiańscy koledzy i ich piekielni odpowiednicy mogą mieć afro, więzienne tatuaże, okulary przeciwsłoneczne i kolorowe trampki. Animacje postaci potrafią rozbawić, a muzyka nadaje grze klimat kolejnego skeczu Monthy Pythona. Nie wiem jak można tą grę oskarżyć o oddawanie czci Diabłu. Jeśli ktoś tak zrobił, to nie ma poczucia humoru. Nic tylko współczuć takim.

W telewizji przy okazji kolejnej masakry w szkole, zawsze mówi się o zgubnym wpływie gier na psychikę. Wiele razy słyszałem też, że gry powodują odwracanie się od Boga. Powiem krótko – Gry to przede wszystkim rozrywka. Nie mają za zadanie edukować i wychowywać. Od tego są rodzice. Gry mają bawić i sprawić, że miło spędzimy przy nich czas. Owszem można w nich znaleźć demony i diabły, ale jak napisałem wyżej – albo się je zabija, albo obraca w żart, albo daje graczowi wybór. Grałem w wiele pozycji, ale nie znam żadnej, która by otwarcie mówiła mi, że mam oddawać cześć Szatanowi. Na mój stosunek do wiary i religii nie miały wpływu wirtualne diaboły. Na wasz też raczej nie. Więc oszołomy mogą swoje argumenty wsadzić w swoje „podziemia”.

Damian „Płetwa” Kuśmierczyk

reklama

SIŁOWNIA

www.klubodchudzania.pl www.antykoncepcja.net www.astmaoskrzelowa.pl